Autor:
Anna
SIA to jedna z najciekawszych, najbardziej urzekających muzycznych postaci, które tu i tam obserwuję.Inne jej piosenki, "Soon we'll be found" i "Breathe me" mają przepiękne teledyski. A "Day too soon", tu w wersji akustycznej, brzmi super. Lubię jej teksty - są wesołe smutną radością i smutne wesołym żalem.
Pick me up in your arms, carry me away from harm, you're never gonna put me down, I know you're just one good man. You'll tire before we see land, you're never gonna put me down. I've been running all my life, I ran away, I ran away from good. I've been waiting all my life - you're not a day you're not day too soon. Honey I will stitch you, darling I will fit you in my heart. Honey I will meet you, darling I will keep you in my heart. You'll risk all this for just a kiss, I promise I will not resist. Promise you won't hold me down. And when we reach a good place let's be sure to leave no trace. Promise they won't track us down [...]
Category:
0
komentarze
Autor:
Anna
Taka pewność, że wszystkie sprawy po prostu idą w dobrym kierunku - przychodzi nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jakim sposobem. I choć nad tym już się szczególnie nikt nie zastanawia, nie wiadomo też, gdzie wtedy znika niepokój, który wcześniej uporczywie wciskał się pod deski podłogowe, nie pozwalał ustać w miejscu. Pewność tego rodzaju wypełnia szczeliny tak, że podłoga w końcu przestaje krzyczeć odgłosami wszystkich możliwych kroków, jakie można by na niej wykonać. Jest gładka, równa i gościnnie oferuje oparcie stopom, które są już zmęczone długotrwałym dreptaniem w kółko. I w końcu można po niej po prostu chodzić... można po niej tańczyć i skakać. Można też wyjść cicho w dowolnie wybranym momencie i w dowolnym kierunku, zamiast się miotać z kąta w kąt. Swobodnie. Pewnie. Można iść.
Category:
0
komentarze
Autor:
Anna
- Podasz mi rękę ./? - stwierdziłam, albo zapytałam - ze zdziwieniem odkrywając, że trudno określić ton słów, które wyszły z moich ust. Ciąg wyrazów bez znaczenia, wyplutych bardziej, niż wypowiedzianych. Zmrużyłam oczy i po wewnętrznej stronie powiek szukałam miejsca, w którym, być może, spały jeszcze moja nienaganna dykcja, intonacja i językowa precyzja - natręctwa, którymi płaciłam cenę za życie na wysokich obrotach.
Słowa wydyszałam przez zęby, zza barykady golfu naciągniętego na podbródek. Głowę nadal miałam utkwioną między ramionami - w tym samym miejscu, w którym umieściłam ją instynktownie po opuszczeniu hali przylotów, kiedy lodowate powietrze walnęło mnie w kark na powitanie. Z pewnym wysiłkiem przywołałam mięśnie twarzy do porządku. "Bacznoooś, żołnierzee - uśmieeech wdzij!". Posłuszny oddział wykonał rutynowe działanie, unosząc kąciki ust i policzki, robiąc miejsce dla kompanii reprezentacyjnej: szeregu całkiem ładnych zębów. Wzorcowa musztra, ćwiczona od zawsze.
- Podasz mi rękę ./? - zabrzmiało jak stwierdzenie, albo aroganckie polecenie, choć równie dobrze można było usłyszeć pytanie albo prośbę. Bez pretensji, bez natarczywości, ale nie bez znaczenia. Trzy wyrazy podróżowały między moimi skroniami i utknęły najwyraźniej gdzieś na zakręcie Heschla (nie od parady nazywa się tę cześć mózgu zakrętem!), bo nijak nie mogłam rozpoznać ich znaczenia. Nie umiałam też wtedy stwierdzić, co odebrało moim słowom jednoznaczność, ale, wbrew pozorom, nie było to zimno, przykurcz ramion, ani efekt uboczny jetlagu.
Kiedy dwa kwadranse wcześniej wyszłam z lotniska, zobaczyłam przed sobą pokaźną kałużę, zasilaną nieustannie padającym deszczem. Rozciągała się przed wyjściem, i wyglądała tak, jakby została razem z chodnikiem zaprojektowana - precyzyjnie wzdłuż całego zadaszenia. Za nią błyszczała płyta perfekcyjnie drenowanego, nowego parkingu. Ziemia obiecana - taksówkowe Kanaan, oddzielone było ode mnie o dwa niemożliwe susy.
Voila! Niech żyje polska myśl konstruktorska i pomysłowość: chłopaki, zacznijmy remont od parkingu i pozostawmy pomiędzy nim a wyjściem z lotniska ziejącą na kilka metrów japę, okazjonalnie wypełniającą się po kostki wszelkim gównem budowlanym, jakie tu zostawimy, spływającym z deszczówką; nakręćmy koniunkturę na bilety lotnicze i tak zróbmy, żeby ludzie już na dzień dobry chcieli wracać tam, skąd przylecieli.
Ale... wracać? Akcja - stop! Nie, nie mogło być o tym mowy Nawet tutaj wyczuwalny był jeszcze swąd spalonych mostów - puściłam z dymem ognioodporne konstrukcje, o mostach powietrznych i pontonowych nie mówiąc. Trzeba więc było zostać tu, gdzie na początek miałam się przeprawić przez morze błota. Dowolnym sposobem.
Uniesienie rąk i wymodlenie rozstąpienia się brzegów nie wchodziło w grę, więc rozważyłam, obejście kałuży. Oznaczało to (apolityczne) skierowanie się w lewo lub prawo, dociągnięcie walizki do końca tak zwanego wybetonowanego, wlezienie w tenisówkach w glajdę z błota i cementu, otaczającą lotnisko i rozpaczliwe brnięcie w niej z piętnastokilogramową nadwagą bagażową w ręku! Wykluczone. Spacerowałam więc sępio zgarbiona, wlokąc za sobą terkoczącą orkiestrę kółek wielkiego samsonita. Tududududududududu... i z powrotem. Tudududu... Zdesperowani podróżni, przeprawiający się na lewo i prawo przez szaro-brunatną paprydę, wtórowali jej sekwencjami przekleństw i egzorcyzmów, co upewniało mnie, że nie mam ochoty brać ochoty w błotnym desancie. Czekanie było rozwiązaniem stosunkowo najrozsądniejszym.
Wtedy zauważyłam, że na parkingu po drugiej stronie mojego utrapienia stoi pod parasolem znajoma postać - Alek, którego kiedyś widywałam od czasu do czasu. Trochę schudł i nawet przy tak pochmurnym dniu, wydawał się bardziej rudy niż kiedykolwiek, ale to był na pewno on - te same energiczne ruchy głową, identyczna postawa. Znajomość z nim spisałam na straty, razem z innymi i nie pozwoliłam sobie na luksus oczekiwania na powitanie z jego strony. Z tym większą satysfakcją przyznałam, że najwyraźniej nie doceniałam jedynej osoby z dawniej licznego grona, która w ogóle odpisała na wiadomość o moim powrocie. Może to dlatego, że był też jedynym pośród nich, którego powiadomiłam. Patrząc optymistycznie, mogłam odnotować stuprocentową frekwencję na najkrótszej liście obecności; obiektywnie rzecz ujmując, drastycznie sfilcował się mój materacyk bezpieczeństwa. Chwilowo nie mogło być mowy o ryzykownych działaniach, ze skakaniem z dachu włącznie.
Nadal z reprezentacyjnym uśmiechem, potrząsnęłam ramionami, przyjęłam wyprostowaną pozycję, odrzuciłam energicznie głowę do tyłu. Raz, dwa, raz dwa, próba mikrofonu...
Nadal z reprezentacyjnym uśmiechem, potrząsnęłam ramionami, przyjęłam wyprostowaną pozycję, odrzuciłam energicznie głowę do tyłu. Raz, dwa, raz dwa, próba mikrofonu...
- Podasz mi rękę ./? - powiedziałam. Zabrzmiało to bezbarwnie i pomyślałam, że zaraz sobie pójdzie. W końcu końców, stał tam pewnie już jakiś czas, patrząc na mnie - ignorującą go, a potem rzucającą obcesowe hasła na powitanie. Zauważyłam ruch ramion i pomyślałam, że to jest ten moment, w którym on odwraca się i odchodzi z poczuciem spełnionego obowiązku sprawdzenia, czy jestem tą samą wykalkulowaną zołzą, co dawniej. Doskonale. Czyli nigdy nie zdołam przeprawić się do życia po drugiej stronie tej cholernej brei.
c.d.n.
Category:
0
komentarze
Autor:
Anna
Kolejny raz wokół życiodajnej gwiazdy - biegnie błękitny maratończyk. I tylko jedno okrążenie temu byłam młodsza o znacznie więcej niż jeden rok. Kartki kalendarza spadły z moich ramion, oczu, oderwały się od ust i odsłoniły ciało. Pierwsze nazajutrz - uderzyły o podłogę z trzaskiem pękającej filiżanki i wylała się nie wypita herbata. Jedna po drugiej - kartki jak lawina, jak kamień z serca, jak łza z podbródka, jak baba z wozu - koniom lżej... dzień po dniu... jak wartość na wadze, jak grom z jasnego nieba, jak ubranie, jak wstyd, jak samolot z notablami, jak ciepły deszcz, jak temperatura pod koniec lata, jak notowania, jak wytrzymałość w porze całodobowego półmroku. Mniej to zawsze więcej.
A to tylko 365 dni.
Category:
7
komentarze
Autor:
Anna
Ma on takie właściwości, że gdziekolwiek się nim nie jedzie,
droga jest szeroka, prosta, pozbawiona wybojów.
A kiedy się jedzie przez las, to sarenki nie uciekają :)
Category:
0
komentarze
Autor:
Anna
Category:
0
komentarze
Autor:
Anna
taki altruistyczny gest dla ludzkości.
A czy Ty wiesz, jak wiele spraw
w Twoim życiu zależy od dotyku?
Category:
0
komentarze
Autor:
Anna
- zaraz, zaraz - my tu nie kręcimy mydlanej opery.
- Czyli co? Nie możemy zrobić dubla, kochanie?
- Żadnych dubli. I nie rycz. Nie rycz, mała, nie rycz.
Category:
0
komentarze

































