Clap - clap! Clap your hands for "Day too soon"




Pick me up in your arms, carry me away from harm, you're never gonna put me down, I know you're just one good man. You'll tire before we see land, you're never gonna put me down. I've been running all my life, I ran away, I ran away from good. I've been waiting all my life - you're not a day you're not day too soon. Honey I will stitch you, darling I will fit you in my heart. Honey I will meet you, darling I will keep you in my heart. You'll risk all this for just a kiss, I promise I will not resist. Promise you won't hold me down. And when we reach a good place let's be sure to leave no trace. Promise they won't track us down [...]


I już nic nie stoi na przeszkodzie.

Taka pewność, że wszystkie sprawy po prostu idą w dobrym kierunku - przychodzi nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jakim sposobem. I choć nad tym już się szczególnie nikt nie zastanawia, nie wiadomo też, gdzie wtedy znika niepokój, który wcześniej uporczywie wciskał się pod deski podłogowe, nie pozwalał ustać w miejscu. Pewność tego rodzaju wypełnia szczeliny tak, że podłoga w końcu przestaje krzyczeć odgłosami wszystkich możliwych kroków, jakie można by na niej wykonać. Jest gładka, równa i gościnnie oferuje oparcie stopom, które są już zmęczone długotrwałym dreptaniem w kółko. I w końcu można po niej po prostu chodzić... można po niej tańczyć i skakać. Można też wyjść cicho w dowolnie wybranym momencie i w dowolnym kierunku, zamiast się miotać z kąta w kąt. Swobodnie. Pewnie. Można iść.

Szacun dla czytelników z Chorwacji

od wszystkowiedzącej Anny Kreacji :)

./?




- Podasz mi rękę ./? - stwierdziłam, albo zapytałam - ze zdziwieniem odkrywając, że trudno określić ton słów, które wyszły z moich ust. Sentencja, albo pytanie - ciąg wyrazów bez znaczenia, wyplutych bardziej, niż wypowiedzianych. Zmrużyłam oczy i po wewnętrznej stronie powiek szukałam miejsca, w którym - być może - spały jeszcze moja nienaganna dykcja, intonacja i językowa precyzja - natręctwa, którymi płaciłam cenę za życie na wysokich obrotach. 

Słowa wydyszałam przez zęby, zza barykady golfu naciągniętego na podbródek. Głowę nadal miałam utkwioną między ramionami - w tym samym miejscu, w którym umieściłam ją instynktownie po opuszczeniu hali przylotów, kiedy lodowate powietrze walnęło mnie w kark na powitanie. Z pewnym wysiłkiem przywołałam mięśnie twarzy do porządku. "Bacznoooś, żołnierzee - uśmieeech wdzij!". Posłuszny oddział wykonał rutynowe działanie, unosząc kąciki ust i policzki, robiąc miejsce dla kompanii reprezentacyjnej: szeregu całkiem ładnych zębów. Wzorcowa musztra, ćwiczona od zawsze.

- Podasz mi rękę ./? - zabrzmiało jak stwierdzenie, albo aroganckie polecenie, choć równie dobrze można było usłyszeć pytanie albo prośbę. Bez pretensji, bez natarczywości, ale nie bez znaczenia. Trzy wyrazy podróżowały między moimi skroniami i utknęły najwyraźniej gdzieś na zakręcie Heschla (nie od parady nazywa się tę cześć mózgu zakrętem!), bo nijak nie mogłam rozpoznać ich znaczenia. Nie umiałam też wtedy stwierdzić, co odebrało moim słowom jednoznaczność, ale, wbrew pozorom, nie było to zimno, przykurcz ramion, ani efekt uboczny jetlagu.

Kiedy dwa kwadranse wcześniej wyszłam z lotniska, zobaczyłam przed sobą pokaźną kałużę, zasilaną nieustannie padającym deszczem. Rozciągała się przed wyjściem, i  wyglądała tak, jakby została razem z chodnikiem zaprojektowana - precyzyjnie wzdłuż całego zadaszenia.  Za nią błyszczała płyta perfekcyjnie drenowanego, nowego parkingu. Ziemia obiecana - taksówkowe Kanaan, oddzielone było ode mnie o dwa niemożliwe susy.
Voila! Niech żyje polska myśl konstruktorska i pomysłowość: chłopaki, zacznijmy remont od parkingu i pozostawmy pomiędzy nim a wyjściem z lotniska ziejącą na kilka metrów japę, okazjonalnie wypełniającą się po kostki wszelkim gównem budowlanym, jakie tu zostawimy, spływającym z deszczówką; nakręćmy koniunkturę na bilety lotnicze i tak zróbmy, żeby ludzie już na dzień dobry chcieli wracać tam, skąd przylecieli.

Ale... wracać? Akcja - stop! Nie, nie mogło być o tym mowy Nawet tutaj wyczuwalny był jeszcze swąd spalonych mostów - puściłam z dymem ognioodporne konstrukcje, o mostach powietrznych i pontonowych nie mówiąc. Trzeba więc było zostać tu, gdzie na początek miałam się przeprawić przez morze błota. Dowolnym sposobem.

Uniesienie rąk i wymodlenie rozstąpienia się brzegów nie wchodziło w grę, więc rozważyłam, obejście kałuży. Oznaczało to (apolityczne) skierowanie się w lewo lub prawo, dociągnięcie walizki do końca tak zwanego wybetonowanego, wlezienie w tenisówkach w glajdę z błota i cementu, otaczającą lotnisko i rozpaczliwe brnięcie w niej z piętnastokilogramową nadwagą bagażową w ręku! Wykluczone. Spacerowałam więc sępio zgarbiona, wlokąc za sobą terkoczącą orkiestrę kółek wielkiej walizki o wyjątkowo kiepskiej jakości. Tududududududududu... i z powrotem. Tudududu... Zdesperowani podróżni, przeprawiający się na lewo i prawo przez szaro-brunatną paprydę, wtórowali  jej sekwencjami przekleństw i egzorcyzmów, co upewniało mnie, że nie mam ochoty brać ochoty w błotnym desancie. Czekanie było rozwiązaniem stosunkowo najrozsądniejszym.

Wtedy zauważam, że na parkingu po drugiej stronie mojego utrapienia stoi pod parasolem znajoma postać - nazwijmy ją postacią P., - chłopak cud i przyjaciel z gatunku tych, co wyginęli. Zaraźliwa witalność tego człowieka sprawiała w przeszłości, że na zmianę nachodziły mnie myśli o uduszeniu go poduszką w czasie snu, albo o urodzeniu mu gromady dzieci (ładnych po mamie, dobrych po tacie i mądrzejszych niż oboje na raz). Możliwe, że wyjechałam zwyczajnie nie mogąc się zdecydować. Lubiłam myśleć że spotykaliśmy się od czasu do czasu, choć tak naprawdę to było cały czas i może nigdy się nie spotkaliśmy naprawdę. Trochę szczuplejszy niż się spodziewałam, ale to był na pewno on - te same energiczne ruchy głową, sylwetka pod wysokim napięciem - gdyby jego struna grzbietowa mogła wydawać dźwięki, na pewno byłyby czyste jak z Stradivariusa (z tym, że Stradivariusa elektrycznego). Znajomość z nim spisałam na straty razem z innymi i nie pozwoliłam sobie na luksus oczekiwania na powitanie. Z tym większą satysfakcją przyznałam, że najwyraźniej nie doceniałam jedynej osoby z dawniej licznego grona, która odpowiedziała na wiadomość o moim powrocie. Może to dlatego, że był też jedynym, którego powiadomiłam. Patrząc optymistycznie, mogłam odnotować stuprocentową frekwencję na najkrótszej liście obecności; obiektywnie rzecz ujmując, drastycznie sfilcował się mój materacyk bezpieczeństwa. Chwilowo nie mogło być mowy o ryzykownych działaniach, ze skakaniem z dachu włącznie.

Nadal z reprezentacyjnym uśmiechem, potrząsnęłam ramionami, przyjęłam pozycję słupa telegraficznego i odrzuciłam energicznie głowę do tyłu. Raz, dwa, raz dwa, próba mikrofonu...

- Podasz mi rękę ./?  - powiedziałam.

Zabrzmiało bezbarwnie i pomyślałam, że zaraz sobie pójdzie. W końcu końców, stał tam pewnie już jakiś czas, patrząc na mnie - ignorującą go, puszącą się jak kwoka, a potem rzucającą obcesowe hasła na powitanie. Zauważyłam nerwowy ruch ramion i pomyślałam, że to  jest ten moment, w którym on odwraca się i odchodzi z poczuciem spełnionego obowiązku sprawdzenia, czy jestem tą samą dziewczyną, którą wytatuował pocałunkami na pożegnanie. Doskonale. Czyli nigdy nie zdołam przeprawić się na drugą stronę tej brei.

c.d.n.

czasami, nawet kiedy sie rozpada, to jest pięknie

  

 i widać wtedy, że nic nigdy nie jest po prostu czarne, albo białe.


Raz wokół Słońca

Kolejny raz wokół życiodajnej gwiazdy - biegnie błękitny maratończyk. I tylko jedno okrążenie temu byłam młodsza o znacznie więcej niż jeden rok. Kartki kalendarza spadły z moich ramion, oczu, oderwały się od ust i odsłoniły ciało. Pierwsze nazajutrz - uderzyły o podłogę z trzaskiem pękającej filiżanki i wylała się nie wypita herbata. Jedna po drugiej - kartki jak lawina, jak kamień z serca, jak łza z podbródka, jak baba z wozu - koniom lżej... dzień po dniu... jak wartość na wadze, jak grom z jasnego nieba, jak ubranie, jak wstyd, jak samolot z notablami, jak ciepły deszcz, jak temperatura pod koniec lata, jak notowania, jak wytrzymałość w porze całodobowego półmroku. Mniej to zawsze więcej.



A to tylko 365 dni.

wymyśliłam sobie samochód, o.



Ma on takie właściwości, że gdziekolwiek się nim nie jedzie, 
droga jest szeroka, prosta, pozbawiona wybojów.

A kiedy się jedzie przez las, to sarenki nie uciekają :)


Dziękujemy za zgłoszenie...


proszę czekać na połączenie...
proszę czekać na połączenie...
proszę czekać na połączenie...

niby ciągle się uczymy


... a i tak nie wiemy nic.             
I być może to dlatego        
wciąż wstajemy nogą lewą.



rozłączenie


Ziemia na łące pod koniec dnia jest jeszcze ciepła, nagrzana słońcem. A wilgoć podkrada się powoli i wydobywa z łąki zielny zapach przekwitłych kwiatów. Zmęczone głowy kołyszą się ciężko do snu na cienkich, pożółkłych łodygach. Krwawniki, osty, dziurawiec, trójbarwny fiołek, jaskółcze ziele, łubiny i dziewanna. Rozłączenie nigdy nie było aż tak prawdziwe.

frasunki



   




kliknij - powiększ - frasuj się